Prezydencie, podpisz i odeślij. Gołębiem pocztowym.

Mam już pewne doświadczenie w byciu wszystkim, co złe, więc teraz pewnie zostanę fanatycznym pisowcem. Chociaż na PiS nie głosowałem i póki co nie zamierzam (ale, jak kiedyś obiecałem, jeśli zobaczę „panów SS” prawomocnie za kratkami to gdziekolwiek będzie kandydować, jadę dać głos Ziobrze), ale co z tego? Nie mieszkam już w Polsce na stałe, więc to co się dzieje mam trochę z boku, ale właśnie tu jestem i w weekend przez kilka chwil słuchałem radia a także czytałem trochę na internecie itd. I co usłyszałem/przeczytałem?

Po pierwsze, o gołębiach pocztowych. Jakiś cwaniak sobie wpisywał do umów na chwilówki, że będzie 30 razy w miesiącu monitował telefonem, listem, gołębiem pocztowym i czymś tam jeszcze, każdy monit za 100 zł, razem na pięć sposobów, czyli za samo monitowanie można zapłacić 15 tysięcy miesięcznie. A sądy to klepały, czemu nie, przecież nie było przepisu, który by jawnie zabraniał. Opowieściami o „zasadach współżycia społecznego” czy jakoś tak mało kto się przejmował.

Po drugie, o protestach przeciwko ustawom PiS. I mnóstwo niezbyt w sumie mądrych opowiadań jak to będzie strasznie kiedy PiS opanuje sądy. Tak, to niedobrze, ale chcieliście to macie. Niesławny sędzia na telefon z Gdańska został „ukarany” tak, że dalej jest sędzią, dalej wydaje wyroki, może teraz ostrożniej rozmawia przez telefon. Sędzia, który się spotykał z „Lisem” spiskować przeciwko – było nie było – demokratycznej władzy a potem się głupio tłumaczył włamaniem do komputera rośnie na bohatera opozycji. Nikt nie pogonił nawet ich, o sędziach zatwierdzających gołębie pocztowe nie wspominając.

Po trzecie, w radiu usłyszałem, że uchwalona została ustawa, która zabrania pozabankowych pożyczek pod zastaw nieruchomości. I już. O kolejny niemały stopień trudniej będzie cwaniakom od gołębi pocztowych przejmować mieszkania biednych ludzi.

Nie podoba mi się to, co PiS robi w sądach, ale porównajmy osiągnięcia PO.

Chociażby e-sąd, czyli maszynkę do przerabiania nic nie wartych, przedawnionych a czasem zupełnie fikcyjnych długów na gotowe tytuły egzekucyjne. Kilka lat działał głupawy numer z pomyłką w adresie, który pozwalał bez wiedzy dłużnika (a często „dłużnika”) doprowadzić aż do egzekucji.

Albo proces karny. Kontradykcośtam. Co sprowadzało się do tego, że oskarżony, który nie miał na adwokata (adwokaci z urzędu to często kpina) nie miał szans uniknąć wyroku także jeśli nie był winny a prokurator, nawet jeśli dotarły do niego dowody, które mogły świadczyć na korzyść oskarżonego, nie mógł ich wysłać do sądu (musiał to zrobić adwokat oskarżonego). Sędzia nie miał prawa poszukiwać prawdy, miał jedynie ocenić czy spór, który się przed nim toczy lepiej prowadzi prokurator czy oskarżony lub jego adwokat. Co jeszcze zmniejszało szansę większości oskarżonych.

Tak, to że PiS sobie podporządkuje sądy nie jest fajne. Nie będzie zwłaszcza jeśli przyjdzie komuś spotkać się w sądzie z politykiem rządzącej partii. Ale popatrzmy na to realnie, jakie miał szanse ten ktoś dotąd? Jak nie miał na adwokata (a w cywilnych sprawach nie ma z urzędu), to praktycznie żadne. A jak będzie miał na adwokata to duża krzywda mu się raczej nie stanie. Urban przegrywa proces za procesem, żyje i ma się dobrze (a tak, czytam jego tygodnik i się wcale tego nie wstydzę).

Dlatego sorry bardzo mi nieprzykro. Nie pójdę protestować. Nie wierzę co prawda, że obecne zmiany naprawią sądy, ale ani ich nie popsują. One już były popsute, przypomnę, że sędzia na telefon nie był szeregowym sędzią – a ilu sędziów nie wpadło w tak głupi sposób? To, co się ma zmienić, to że po drugiej stronie telefonu będzie teraz Ziobro. Trudno.

Prezydencie, podpisz te ustawy, nie zapomnij o tej kredytowej jak przyjdzie. I odeślij podpisane gołębiem pocztowym.

Aneks: jak pisałem ten post, prezydent zdecydował się zawetować sporne ustawy. Jest to jak w dowcipie o teściowej spadającej w nowym samochodzie. Nie wiem czy bardziej mnie cieszy, że Kaczyński poznał granice swojej władzy, czy martwią uśmiechnięte mordy Schetyny i Petru, które zaraz zewsząd wyskoczą. W każdym razie, żeby ustawa kredytowa.

I trochę śmieszne, że dla ludzi, którzy pogardzali prezydentem, nazywali go Adrianem, teraz był ostatnią szansą, która się spełniła.

Aneks 2: Jak się okazało, ustawa kredytowa właśnie weszła w życie a nie została dopiero uchwalona. Tym lepiej.

Reklamy
Opublikowano Igor marudzi | Dodaj komentarz

No i nie wyszło…

Miało być co miesiąc, udało się raz, a potem mi się kawałek życia wywrócił do góry nogami. Niestety. Będzie przerwa, dłuższa, ale może nie aż roczna.

Dobranoc.

Opublikowano Igor marudzi | Dodaj komentarz

Jak zostałem antysemitą

Jest takie durne powiedzenie antysemitów, że antysemitą nie jest ten, kto nienawidzi Żydów, ale ten, kogo nienawidzą Żydzi. Jak to z durnymi powiedzonkami bywa, związek z rzeczywistością jest bardzo luźny. Jego łagodniejszą postacią są sugestie, że określenia antysemita używa się dla zamykania ust krytykom polityki Państwa Izrael, czy wręcz działań dowolnych osób pochodzenia żydowskiego. Także i tu rzeczywistość rzadko tak wygląda, przynajmniej jeśli nie uznamy za krytykę przypominania nazwisk rodziców, dziadków czy nawet teściów. Niekiedy jednak pojawia się, i to ubrana w szaty pracy naukowej czy chociaż okołonaukowej, tekst, który wydaje się wręcz ilustrować prawdziwość tychże.

Trafiłem otóż na książkę niedawno zmarłego Roberta S. Wistricha pt. A Lethal Obsession: Anti-Semitism from Antiquity to the Global Jihad; podtytuł wydaje się sugerować historię antysemityzmu, więc temat ciekawy. Także początek opisu książki taki charakter sugeruje:

In this unprecedented work two decades in the making, leading historian Robert S. Wistrich examines the long and ugly history of anti-Semitism, from the first recorded pogrom in 38 BCE to its shocking and widespread resurgence in the present day. As no other book has done before it, A Lethal Obsession reveals the causes behind this shameful and persistent form of hatred (…)

coverNiestety – już samo przejrzenie spisu treści wystarczy, żeby się przekonać, że historii przed 1900 r. tam dużo nie będzie. Co gorsza, przedmowa – 77 stron w wydaniu drukowanym (mającym 1200 stron) – to pozbawiony sensu i struktury strumień świadomości w którym trudno wychwycić jakąkolwiek sensowną myśl. Może poza dwiema – lewica to antysemici i muzułmanie to antysemici. Właściwie nie muzułmanie, tylko islamofaszyści, to określenie i pochodne pojawia się w przedmowie zdecydowanie zbyt często.

Gdzieś tam w środku przedmowy Wistrich pisze, że – co uważa za oczywistość – nie jest antysemityzmem krytyka polityki Państwa Izrael ani też poszczególnych Żydów. W treści książki jednak z tej oczywistości wiele nie zostaje. Często na przykład jako ilustrację antysemityzmu przytacza wyniki sondaży świadczących o niskim poparciu dla Izraela właśnie. Wielokrotnie też wyraźnie wyznacza pewną granicę – uznanie prawa do istnienia Izraela jako państwa żydowskiego, a co za tym idzie obrony bytu i żydowskości tegoż. Jest to pewien problem, bo w Izraelu żyje spora mniejszość arabska, a tzw. Prawo do powrotu pozwala do Izraela wrócić Żydom, których związek z Izraelem jest żaden a ostatni z ich przodków tam żył w czasach Bar Kochby lub nawet wcześniej, tymczasem nie pozwala wrócić Arabom, którzy na tych terenach mieszkali czy ich dzieciom; także tych, którzy mają tam rodzinę. Arabowie z obywatelstwem z kolei, chociaż mają reprezentację w parlamencie i znaki drogowe w języku arabskim czują się obywatelami drugiej kategorii. Chyba słusznie, skoro nawet nie wszystkie ustawy są przetłumaczone na arabski.

Wistricha – jakżeby inaczej – określenie apartheid stosowane wobec polityki Izraela oburza. Oczywiście nie jest to taki apartheid jak był w RPA, i nikt tego nie sugeruje. Jest to jednak system, w którym narodowość żydowska – a niekiedy nawet sama wiara! – ma bardzo duży wpływ na prawa i szanse jednostki. Statystyki bezrobocia i dochodów także to potwierdzają. Może nie jest to jakoś bardzo różne od tego, co się dzieje w wielu państwach europejskich, ale też mało które państwo europejskie pozwala wrócić potomkom mieszkańców swoich ziem sprzed dwóch tysięcy lat. Jedynie Polska i Republika Czeska są w nieco podobnej sytuacji – z Ziem Odzyskanych oraz Sudetów po II Wojnie wysiedlono miliony Niemców. Różnica jest jednak ta, że decyzję o wysiedleniu podjęły zwycięskie mocarstwa, a także że Polska i Czechy były pod niemiecką okupacją i zwłaszcza Polska była miejscem koszmarnych niemieckich zbrodni. W tym wymordowania milionów Żydów.

No właśnie. Choć nazywanie istnienia Izraela zadośćuczynieniem za Holocaust byłoby dużo za daleko idącym uproszczeniem, nie ulega wątpliwości, że ten element był wśród decyzji, które wiodły do jego powstania w r. 1948. Idea państwa żydowskiego w Palestynie oczywiście nie była nowa, syjoniści dążyli do tego już ponad pół wieku z dość miernymi efektami jak dotąd, największym sukcesem idei przed IIWŚ była Deklaracja Balfoura.

Kojarzony z syjonizmem slogan Kraj bez ludzi dla ludzi bez kraju (A land without a people for a people without a land) nie został wymyślony przez Żyda i nie był chętnie używany przez syjonistów. Jednak jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ludzie mieszkający w kraju bez ludzi nie wnikali w szczegóły europejskiej polityki, tylko zareagowali wrogością wobec ludzi bez kraju. Nie da się zresztą zaprzeczyć, że Arabowie nigdy nie byli podmiotem w tej dyskusji, ani przed Zagładą, ani po niej.

Wistrich ma rację, że w obecnej sytuacji rozwiązanie pokojowe jest wykluczone a arabskie i w ogóle muzułmańskie społeczeństwa przesiąknięte są irracjonalnym antysemityzmem z uwielbieniem dla Hitlera włącznie. Niestety na tym się jego racja kończy, z jego książki wyłania się obraz muzułmanów (islamofaszystów!) którzy po wojnie przejęli pałeczkę w sztafecie antysemityzmu. Dziś są tym, kim był Hitler w latach trzydziestych i jeśli im tylko na to pozwolić, to jego dzieła dokończą1. Arabowie i islam są więc czystym irracjonalnym złem i nie ma co się zastanawiać nad przyczynami ich antysemityzmu czy próbować ich zrozumieć, tak jak nie było sensu próbować zrozumieć Hitlera.

Jakie to proste, i zupełnie pozwala zapomnieć o jednej drobnej sprawie. Żydowski nóż w plecy był teorią spiskową niemieckiej prawicy a w IWŚ żydowscy obywatele Rzeszy walczyli i ginęli tak jak ich nieżydowscy koledzy. Krzywda doznana przez Niemców od Żydów w IWŚ była wyłącznie produktem chorej prawicowej propagandy i niczym więcej. Krzywda doznana przez Arabów po r. 1948 jest jednak całkiem realna – stracili tereny, domy, zostali oddzieleni od rodzin, to nie jest teoria spiskowa, Palestyna nie była krajem bez ludzi.

Co gorsza – i chyba tutaj jest bardzo istotna kwestia dla zrozumienia obecnego irracjonalnego antysemityzmu muzułmanów – krzywda została połączona ze zniewagą. W końcu nie była to pierwsza przegrana wojna ani pierwsza terytorialna strata świata arabskiego czy islamskiego. Nikt się z przegraną łatwo nie godzi, ale rzadko – i muzułmanie nie są tu wyjątkiem – przeradza się ona w obsesyjną nienawiść wobec zwycięzcy. Tu jednak – do 1948 – było inaczej: nikt nie pofatygował się Arabów zapytać o zdanie na temat państwa żydowskiego ani nawet nie raczył pokonać ich w polu. Po prostu – została podjęta i wyegzekwowana decyzja, nimi się nikt nie przejmował, co najwyżej usunął z drogi.

Arabowie, muzułmanie są słabi a w polityce słabi mają zawsze przejebane. Uparte pokazywanie im, że są słabi i nie mają znaczenia wzbudza właśnie tą irracjonalną wrogość z którą mamy do czynienia; upokorzenie trudniej znieść niż klęskę. Tego Wistrich nawet nie próbuje zrozumieć, zresztą wyraźnie nie chce, nie może, bo przecież okazałoby się, że – bez względu na formę jaką ma to dziś – arabski antysemityzm jest, w odróżnieniu od wcześniejszych, europejskich antysemityzmów, efektem rzeczywiście wyrządzonej, przez Izrael i mocarstwa, krzywdy. Że, co gorsza, nie będzie wyjścia z tej sytuacji bez tej krzywdy uznania – i chociaż o jej naprawieniu mowy być nie może, już sama ta konieczność zmienia pozycję Izraela w ewentualnych negocjacjach.

Dziś, co widzimy, ta nienawiść rozlewa się na cały świat zachodni i Rosję. Nie wiem kiedy Wistrich skończył pisać książkę, ale została wydana w 2010, więc jeszcze przed tzw. arabską wiosną. Nie ma więc w niej nienawiści do Europy2, za to poświęca cały rozdział nienawiści do USA. Nie warto byłoby o tym nawet wspominać, gdyby nie to, że Wistrich wydaje się całkiem poważnie traktować USA jako wojowników o wolność waszą (bo nasza już jest). Waszą, czyli przede wszystkim tych uciskanych Arabów, którzy wręcz nie mogą doczekać się demokracji, wolnego rynku i inwestycji Halliburtona (nie bardzo wiadomo co z Arabią Saudyjską, ich nikt nie wyzwoli?). Ten rozdział pokazuje niejako w pigułce myśl przewodnią książki: są dobrzy (Izrael, USA) i źli (naziści, islamofaszyści, europejska lewica), nie ma miejsca na zbyt wiele szarości3, masz dwie koszule do wyboru, błękitną i brunatną, wybieraj.

Po deklaracji z przedmowy wiele nie zostało, chociaż krytyka Izraela (USA?) ma być dopuszczalna, treść granice tejże ustawia tak ciasno, że antysemityzmem byłoby właściwie wszystko oprócz entuzjastycznego poparcia. W tym poparcia dla amerykańskiego eksportu demokracji, wszelkie twierdzenia, że mają mniej szlachetne motywy to już be, teoria spiskowa a antyamerykanizm jest jak antysemityzm.

  1. a Czego niestety się nie da wykluczyć, już dawno nie jest to zwykła wrogość a zupełnie chora nienawiść. Niewątpliwie programem minimum ewentualnych arabskich zwycięzców byłoby wysiedlenie wszystkich co do jednego Żydów.
  2. a Jest za to całkiem poważne potraktowanie pierdololo o Eurabii. Naprawdę.
  3. a Choć okładka szara…
Opublikowano Igor czyta | Dodaj komentarz

To był rok, dobry rok…

Dla mnie, w każdym razie. Dla bloga na pewno nie. Zacząłem pisać kilka tekstów, ale żadnego nie udało mi się dokończyć. Spróbuję tego dokonać w 2016. Mam ambitny zamiar pisać co najmniej jeden tekst na miesiąc. Z początku będzie łatwiej, bo sporo mam zaczęte.

Co z tego wyjdzie?

Opublikowano Igor marudzi | Dodaj komentarz

Krytycznego Bożego Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia, oprócz tego, co nam się zazwyczaj z nimi kojarzy, to także coroczny czas wysypu różnych głupków, którzy się nałykali bredni z /r/atheism1 czy czegoś podobnego i głoszą swoją Lepszą Nowinę: Jezus to tylko przerobiony Mitra (czasem Horus; obaj mieli się urodzić z dziewicy 25 grudnia), Boże Narodzenie to zagrabione poganom Saturnalia (albo Sol Invictus). Nie są to jedyne wymysły, ale te są najczęstsze…

I nie mają nic wspólnego z prawdą.

Oczywiście nie należy popadać w przesadę, niektóre zwyczaje ludowe mogły zostać przejęte, chociaż rzadko mamy na ten temat przekonujące źródła. Nie byłoby w tym jednak nic bardzo dziwnego, i nie oznacza to w żadnym wypadku, że chrześcijanie święta zagrabili. Chrześcijańskie święta mają własną genezę i teologię.

W czapce urodzony

Mithras-JesusNajczęstszym kandydatem na pierwowzór Jezusa jest chyba rzymski Mitra. Tak jak Jezus miał urodzić się 25 grudnia z dziewicy, a wyznawcy mieli świętować rocznicę jego narodzin2.

Niestety o rzymskim kulcie Mitry wiemy bardzo mało. Współcześni jego badacze odrzucają tezę, że był to przeniesiony kult perski i chociaż były elementy wspólne, były też istotne różnice. Nie można więc zakładać, że elementy z wersji wschodniej (w tym świętowanie przesilenia zimowego) zostały przeniesione do wersji rzymskiej.

To z kolei co wiemy o narodzinach Mitry raczej zaprzecza wzorowaniu się na nim przez chrześcijan. Mitra urodził się, jeśli w ogóle można to nazwać urodzeniem, nie z dziewicy a wyszedł ze skały. Znalezione rzeźby najczęściej przedstawiają go jako nagiego młodzieńca w czapce frygijskiej na głowie, trzymającego sztylet i pochodnię. Są tu różne warianty, czasem jest dzieckiem, albo coś innego trzyma, może się nawet wykluwać z jajka, tylko jakoś nie chce z ludzkiej dziewicy.

Data jego urodzenia nie jest znana, nie ma podstaw, żeby sądzić, że był to 25 grudnia. Nie jest to niemożliwe, ale brak jakiegokolwiek źródła, które by to potwierdzało – nie ma w ogóle źródeł mówiących o dacie narodzin Mitry.

Wibratorem robiony

Jak nie Mitra to może Horus? Jego matka, Izyda miała przecież począć jako dziewica i urodzić, jakby mogło być inaczej, 25 grudnia. Niektórzy nawet dodają radośnie Izydzie drugie imię, Maria (Meri).

Egipcjanie, jak się łatwo domyślić, świętowali według kalendarza egipskiego, a ten był bardzo niedokładny – każdy rok miał w nim 365 dni (12 miesięcy po 30 dni oraz 5 dni dodatkowych). To oznacza, że w porównaniu do kalendarza juliańskiego daty egipskie przesuwały się o jeden dzień na każde cztery lata. Czyli każda data z kalendarza egipskiego przypadała 25 grudnia przez 4 lata, co 1460 lat juliańskich – ale też tylko przez 4 lata na 1460.

To niewiele. Poza tym tak było do reformy Augusta, która w ślad za nieudaną reformą ptolemejską wprowadzała co cztery lata szósty dzień dodatkowy, tym samym zrównując długość roku egipskiego i juliańskiego.

Dlatego też Horus się nie daje w 25 grudnia wpasować. Rocznica jego urodzin wypadała w okresie dni dodatkowych (drugiego lub piątego) a te, w czasie gdy powstawało chrześcijaństwo były już na stałe w… sierpniu. Co przy okazji oznacza, że w juliańskim grudniu były po raz ostatni dobre kilkaset lat wcześniej.

Cóż, jeśli nie 25 grudnia to może chociaż z dziewicy? Też nie bardzo. Chrześcijanie wierzą, że Jezus został poczęty w ciele Maryi bez aktu seksualnego. Zdecydowanie nie można tego powiedzieć o Horusie.

Ozyrys, ojciec Horusa został zamordowany i poćwiartowany przez Seta zanim zdążył począć syna. Izyda, bez pomocy innych bogów i aniołów sobie poradziła – odnalazła porozrzucane części ciała męża, złożyła… i tu pojawił się problem, bo nie odnalazła penisa3 a bez niego począć trudno. Cóż to dla bogini? Zrobiła protezę ze złota, zamontowała i do dzieła. I tak został poczęty Horus.

Bez względu na to, skąd się wzięły plemniki, trudno to nazwać poczęciem dziewiczym, aseksualnym. Izyda by była niezadowolona. Nawet jeśli to co zmajstrowała niezupełnie było wibratorem.

Rzymianie leczą kaca

Kolejnym kandydatem na pierwowzór Bożego Narodzenia są rzymskie Saturnalia. Święto, o którym wiemy całkiem mało, nie mamy nawet jednego pełnego ich opisu. Wiemy jednak, że zaczynały się 17 grudnia w kalendarzu juliańskim i trwały najdalej do 23 grudnia, potem różni cesarze a to skracali do 20 grudnia, a to przedłużali do 22, kto jednak mógł ten wydaje się, że świętował po staremu, do 23.

Trudno więc poważnie traktować opowieści o złych chrześcijanach ustalających swoje święto tak, żeby nim przykryć starożytne święto rzymskie. Daty się po prostu nie zgadzają. Można co najwyżej przypuszczać, że chrześcijanie tak ustalili datę swojego święta, żeby ci Rzymianie, którzy chcieli świętować obie okazje, zdążyli po Saturnaliach przetrzeźwieć i wyleczyć kaca4. A było po czym, oj było…

Niezwyciężone spóźnione

Zostało już tylko święto Niezwyciężonego Słońca – Sol Invictus. Ta propozycja jest o tyle lepsza od pozostałych, że przynajmniej data (25 grudnia) się zgadza, a jak na /r/atheism i okolice to już duży sukces.

Na tym się jednak sukces kończy. Kult Niezwyciężonego Słońca został ustanowiony w Rzymie przez cesarza Aureliana w roku 274 po Chr. Możliwe, że był to importowany z syryjskiej Emesy (Homs/Hims dziś) kult Heliogabala, też Niezwyciężonego. Tymczasem 25 grudnia na datę urodzenia Jezusa niektórzy Ojcowie Kościoła proponowali już prawie sto lat wcześniej: św. Ireneusz ok. roku 180 a św Hipolit ok. roku 2045; potem Sekstus Juliusz Afrykański w roku 221. Data ta wynikała z innej teologicznej propozycji – tej, że Jezus miał zostać poczęty i stracony tego samego dnia, 25 marca w kalendarzu juliańskim; urodził się więc po prostu w dziewięć miesięcy później – 25 grudnia.

W czasie gdy Ireneusz i Hipolit dochodzili do tych wniosków 25 grudnia nie było obchodzone żadne duże rzymskie święto: Saturnalia się kończyły kilka dni wcześniej, Sol Invictus jeszcze nie został wprowadzony. Istniały kulty, które świętowały przesilenie, w tym prawdopodobnie syryjski kult Heliogabala, ale to były kulty lokalne podczas gdy chrześcijaństwo wtedy już było od ponad stu lat w całym imperium i mimo zdarzających się pogromów i prześladowań dynamicznie się rozwijało.

Nie ma żadnych podstaw, żeby sądzić, że chrześcijanie przejęli swoje święto od konkretnej pogańskiej religii, najprawdopodobniej, kierując się zdaniem Ireneusza i Hipolita przyjęli datę urodzenia na 25 grudnia. Nietrudno się w tym doszukać symboliki astronomicznej, to prawda, ale – na litość dowolnego bóstwa – w której religii takiej symboliki nie ma?

(Bez)krytycznie

Ludzie, którzy powielają te i podobne nonsensy zazwyczaj uważają się za ateistów i racjonalistów. Uważają, że w przeciwieństwie do wierzących chrześcijan myślą krytycznie i nie przyjmują nic na wiarę. Zazwyczaj jednak okazuje się, że łykają dowolną bzdurę bez zagrychy o ile tylko jest odpowiednio antyreligijna, a już na pewno antychrześcijańska.

Dzisiejszy internetowy ateizm ma coraz mniej wspólnego z racjonalizmem, z krytycznym myśleniem, coraz bardziej staje się pseudoreligijnym kultem. Nie wiadomo kto jest tam bogiem, ale Dawkins jest jego prorokiem.

ps. Ukazała się niedawno książka ks. prof. Józefa Naumowicza Prawdziwe początki Bożego Narodzenia. Nie czytałem jej jeszcze, z filmu z konferencji umieszczonego na Frondzie i różnych kawałków informacji rozrzuconych po Internecie wydaje się, że książka warta przeczytania.

  1. a Sam ateistą będąc uważam, że ateiści z tego i podobnych internetowych rynsztoków ośmieszają ateizm. Może powinienem nazywać się niewierzącym?
  2. a Są i inne rzekome podobieństwa, w tym tekście ograniczam się za każdym razem jedynie do tych bożonarodzeniowych. Jeśli chodzi o inne, to najczęściej są albo zmyślone, albo wspólne dla wielu religii (który bóg nie czynił cudów?).
  3. a W niektórych wersjach penis też się odnalazł.
  4. a To oczywiście żart. Nie ma żadnych podstaw, żeby dopatrywać się jakiegokolwiek związku.
  5. a Ireneusz ustalił datę poczęcia w Przeciw Herezjom na 25 marca; Hipolit datę urodzenia w komentarzu do Księgi Daniela. Już po napisaniu tego tekstu spotkałem się z opinią, że data ta u Hipolita to prawdopodobnie późniejsza poprawka a on sam ustalił ją na 2 kwietnia.
Opublikowano Igor marudzi | Dodaj komentarz

Starszy Nowy Testament?

Z pozoru wszystko jest proste i jasne. Jezus został ukrzyżowany, pochowany, potem nie do końca wiadomo dlaczego jego uczniowie uwierzyli, że zmartwychwstał1. Kilka lat później nawrócił się niejaki Szaweł przy okazji zostając Pawłem i po wielu latach napisał znane nam do dziś listy. Wiele lat później ktoś napisał tekst znany nam dziś jako Ewangelia wg św. Marka. I tak dalej.

Wystarczy jednak przyjrzeć się nieco tylko bliżej i zaczynają pojawiać się niejasności. Bo niby skąd wiemy, które listy napisał Paweł, a które zostały tylko jego imieniem podpisane? Dlaczego myślimy, że Ewangelii nie napisali ich tradycyjni autorzy niedługo po śmierci Jezusa, tylko nieznani nam autorzy po roku 70 po Chr.? Że Jan, autor Objawienia to kto inny niż autor czwartej Ewangelii?

71ig90zF3-LŻadna z ksiąg Nowego Testamentu nie jest oznaczona datą, Ewangelie i List do Hebrajczyków nie są podpisane imieniem autora2. Co gorsza, do podpisów i dat gdyby były nie można mieć zaufania – w starożytności fałszowanie tekstów było nagminne, chrześcijaństwa nie ominęło, nie ma żadnej gwarancji, że niektóre fałszywki dostały się do kanonu NT. Wręcz przeciwnie, większość ekspertów uważa, że są.

Nie mając autografów3, nie mogąc zapytać autorów ani porównać charakteru pisma można polegać tylko na tym, co znajduje się w samym tekście. Żeby było jeszcze trudniej, teksty w transmisji się zmieniały. Najczęściej były to drobne błędy przy przepisywaniu, zdarzają się jednak błędy poważne, jak też i celowe zmiany. Na przykład Ewangelia wg św. Marka w najstarszych manuskryptach kończy się na wersecie 16,8 a dalsza jej część to późniejsza doklejka, zapewne przypadkowa.

Datowanie tekstu polega na ustaleniu tzw. dat granicznych: terminus post quem, daty po której dokument już na pewno istniał oraz terminus ante quem, daty przed którą istniał. Na przykład, jeśli w treści dokumentu jest wyraźne odniesienie do Bitwy pod Akcjum, wiadomo, że tekst nie mógł powstać przed nią, co wyznacza terminus post quem na rok 31 przed Chr. Jeśli z kolei dokument ten zostałby zacytowany w innym dokumencie, o którym wiemy, że istniał w roku 10 po Chr., wyznaczy to terminus ante quem. Nie można mieć oczywiście nadmiernego zaufania: tekst sugerujący, że Juliusz Cezar wciąż żyje nie może być pewnie datowany na przed 44 r. przed Chr.

Ja wiedziałem, że tak będzie

Jednym z bardzo częstych nadużyć w starych (a i nie tak znów starych) tekstach religijnych było tzw. proroctwo po fakcie (vaticinium ex eventu): “prorok” w tekście przepowiadał wydarzenia, które już nastąpiły, tekst oczywiście formułując by wyglądał na napisany przed nimi; możliwe też jest przeformułowanie wcześniejszego tekstu o “proroctwo”.

Dobrym przykładem jest tu Księga Daniela, rzekomo napisana w VI w. przed Chr. wykazuje się niezwykle dobrą znajomością historii do roku 167 przed Chr. (ale już nie tych czasów, gdy rzekomo była pisana) i nie ma w niej nic o wydarzeniach późniejszych, można więc stwierdzić, że została napisana najwcześniej wtedy4.

Niestety metoda datowania z vaticinium ex eventu jest bardzo łatwa do nadużycia, gdy jest stosowana nieuważnie. Dobrym przykładem5 byłaby analiza słynnego komentarza marszałka Ferdynanda Focha o Traktacie Wersalskim: To nie jest pokój, lecz zawieszenie broni na 20 lat. Jak wiemy, niemal dokładnie 20 lat po podpisaniu traktatu wybuchła II Wojna Światowa. Wiemy też, że rzeczywiście powiedział to Foch w 1919, jednak na podstawie samego tekstu łatwo uznać, że to zdanie musiało zostać wypowiedziane najwcześniej w 1939…

John A.T. Robinson twierdzi, że datowanie wszystkich Ewangelii a także niektórych innych ksiąg Nowego Testamentu na czas po zburzeniu Jerozolimy w 70 r. po Chr. jest właśnie przykładem takiego nadużycia – i nie sposób się z nim nie zgodzić. Wizje zburzenia Jerozolimy pojawiające się w Ewangeliach są zbyt mało szczegółowe, żeby uznać, że musiały być napisane po fakcie. Cytuje tutaj w odniesieniu do Ewangelii wg św. Łukasza artykuł C.H. Dodda6:

So far as any historical event has coloured the picture, it is not Titus’s capture of Jerusalem in AD 70, but Nebuchadrezzar’s capture in 586 BC.

Takie postawienie sprawy jest być może zbyt silne. To, co nam się dziś wydaje istotne, niekoniecznie musiało być wtedy a proroctwo zburzenia samo w sobie nie jest tak obszerne jak proroctwa Daniela. Ale jeśli nawet nie można wykluczyć, że zniszczenie Świątyni przez wpłynęło na treść Ewangelii, udowodnić tego raczej nie sposób.

Robinson ma więc rację, że nie można powoływać się na proroctwo zburzenia Jerozolimy jako vaticinium ex eventu dla ustawienia terminus post quem na 70 r. po Chr., ale brak wyraźnych dla nas odniesień nie uprawnia do ustawienia na ten rok terminus ante quem.

Prorok jaki czy co?

Niektórzy badacze twierdzą, że zburzenie Jerozolimy i Świątyni było łatwe do przewidzenia nawet kilkadziesiąt lat wcześniej, więc ostrzeżenie mogło się pojawić we wcześniejszej Ewangelii bez angażowania sił nadprzyrodzonych. Trudno się jednak z tym zgodzić.

Niektóre wydarzenia łatwo przewidzieć i do takich należały kolejne rebelie w Judei. Czy akurat rządzili tam bezpośrednio Rzymianie, czy sprzymierzony król z ich nadania, obszar był bardzo niespokojny. Nie sposób jednak przejść od wybuchu rebelii, który istotnie musiał nastąpić do zniszczeń roku 70.

Wcześniejsze bunty Rzymianie tłumili szybko i sprawnie, nie sposób było przewidzieć, że przyszły bunt odniesie na początku taki sukces jak ten w 66 r. ani że Żydzi będą do końca bronić miasta. Gdyby w wewnętrznych walkach powstańców zwyciężyło stronnictwo bardziej ugodowe, mogłoby dojść do kapitulacji, co zapewne uchroniłoby Świątynię przed katastrofą.

Jeśli więc Ewangelie miały powstać przed r. 70, proroctwa te mogą być jedynie eschatologicznym ostrzeżeniem niezwiązanym z żadnym konkretnym wydarzeniem, mogą co najwyżej czerpać z pamięci, w tym biblijnych opisów, wydarzeń wcześniejszych.

A to też wiedziałeś?

Większą pomocą dla datowania tekstu mogą być proroctwa, które się nie wypełniły. Tu Robinson wskazuje na wezwanie do ucieczki w góry gdy armie otoczą miasto; jak wiadomo, chrześcijanie na początku wojny uciekli do Pelli (Perei) i gdy Rzymianie podchodzili pod Jerozolimę już ich tam nie było. Autorzy Ewangelii zdają się o tym nie wiedzieć.

Jest to silny argument za datowaniem Ewangelii przed rozpoczęciem wojny, czyli przed 66 r. Trudno uwierzyć, że gdyby wcześniej nie było co najmniej silnej tradycji tego proroctwa, albo po prostu zapisanej wersji, powstałaby w takim kształcie później.

Co by tu jeszcze…

O ile jeśli chodzi o datowanie Ewangelii, argumenty Robinsona, choć nie przekonały większości specjalistów, są sensowne i moim zdaniem powinny zostać poważniej potraktowane, z ich autorstwem i datowaniem reszty Nowego Testamentu, przede wszystkim listów (za wyjątkiem bezspornych listów św. Pawła, gdzie nie ma wielu wątpliwości), jest już inaczej.

Ogólna krytyka obecnego stanowiska większości naukowców, znajdująca się na końcu książki sprowadza się do dwóch mocnych stwierdzeń:

– przed rokiem 70, poza św. Pawłem, nie ma nikogo, kto zostawiłby po sobie znaczący ślad w chrześcijańskim piśmiennictwie, nawet Ewangelie kanoniczne, wg opinii większości powstały po 70 r. jako teksty anonimowe.

– wszystkie pisma z pierwszego wieku chrześcijaństwa, które nie wiadomo jak datować, są upychane w okresie panowania Domicjana.

Robinson znów ma tu sporo racji. Tak rzeczywiście jest, tłumaczy się to często zawiedzeniem eschatologicznych nadziei wczesnych chrześcijan, ale jest to wątpliwe. Św. Pawłowi to nie przeszkadzało pisać, w jego listach jest mowa o innej korespondencji, a tu zachowało się tylko siedem (do dziewięciu) jego tekstów…

Można się zgodzić, że domyślne datowanie tekstów na czasy Domicjana to nadużycie, ale nie oznacza to od razu, że wszystkie tak datowane teksty z kanonu powstały przed zniszczeniem Jerozolimy. Niestety, argumenty, którymi Robinson próbuje przypisać te daty, a tym bardziej potwierdzić tradycyjne autorstwo tekstów, są bardzo słabe. Robinson pomija też milczeniem wiele argumentów wysuwanych na rzecz późniejszych datowań.

To największa wada tej książki. Jako całość sprawia ona wrażenie motywowanej religijnie, teologicznie, próby uzasadnienia tradycji wczesnochrześcijańskiej. Robinson nie potrafił lub nie chciał zobaczyć słabości większości swojej argumentacji.

Im mniej wiesz…

Datowanie wielu starożytnych dokumentów, a także ich autorstwo często jest problemem. Wiele dokumentów jest datowanych na okresy między terminus post quem i terminus ante quem długości pięćdziesięciu, nawet więcej lat. Tak po prostu jest. Nie zawsze mamy wiedzę pozwalającą na dokładniejsze datowanie.

Studia Nowego Testamentu są tu smutnym wyjątkiem. Można odnieść wrażenie, że dyshonorem byłoby przyznanie, że wielu z tych tekstów nie umiemy datować dokładniej niż na okres właśnie około pięćdziesięciu lat, może nawet więcej. Robinson z tego się nie wyłamuje, jego propozycje są wcześniejsze niż reszty, to wszystko.

  1. a Dla wierzących dlatego, że zmartwychwstał. Nauka historii nie ma tak lekko…
  2. a Ewangelie są opisane imionami tradycyjnych autorów w sposób inny niż było przyjęte oznaczać autora; we wczesnych manuskryptach choć domniemani autorzy są ci sami, różnią się tytuły, co znaczy, że były dodawane na pewnym etapie transmisji do anonimowych wcześniej tekstów.
  3. a Oryginalne manuskrypty.
  4. a Zapewne także przed rokiem 164 przed Chr., gdyż nie wspomina o śmierci Antiocha.
  5. a Robinson podaje przykład Churchilla, ale uważam, że wypowiedź Focha pasuje jeszcze bardziej.
  6. a C. H. Dodd, The Fall of Jerusalem and the “Abomination of Desolation”, Journal of Roman Studies, 1947
Opublikowano Igor czyta | Dodaj komentarz

Wahrheit macht frei

352x500Autor jednej recenzji na Goodreads napisał, że ta książka powinna mieć podtytuł Dlaczego Szymon Wiesenthal był patologicznym łgarzem1. To prawda, postać Wiesenthala jest przez większość książki obecna, nie ulega jednak też wątpliwości, że był on patologicznym łgarzem i mitomanem.

Nie uważam jednak, że obniża to wartość książki, wręcz przeciwnie. Można żałować, że tak się stało, ale Wiesenthal umiał zawsze narobić wokół siebie hałasu i sprawić by zasługi innych były przypisywane jemu. Konieczne jest jego odbrązowienie i ustalenie prawdy, nie można zostawiać tego ważnego, choć drażliwego tematu negacjonistom.

Król jest nagi a co z łowczymi?

No dobra, skoro Wiesenthal głównie pompował własne ego i wizerunek, to ktoś tych esesmanów musiał łapać, sami się chyba na dołek nie zgłaszali? Jasne, od razu po wojnie łapali ich alianci i niektórych nawet osądzili, głównie jednak samą wierchuszkę. Taki Eichmann zwiał z łatwością, co dopiero mniej znaczący od niego2. Po 1948 ściganie nazistowskich zbrodniarzy właściwie się skończyło na wiele lat.

Nie miał kto się tym zajmować. Państwo Izrael dopiero się tworzyło i miało inne zmartwienia na głowie, alianci zaczynali zimną wojnę, która się bardzo szybko zagrzała w Korei. To niespecjalnie sprzyjało angażowaniu zasobów w ściganie ludzi, którzy już przestali być jakimkolwiek zagrożeniem.

Tu wypada mimo wszystko docenić Wiesenthala – chociaż robił szum głównie wokół własnej osoby, jego sposobem na autoreklamę było właśnie upominanie się o esesmanów. Chociaż z realną skutecznością było bardzo kiepsko albo jeszcze gorzej, jego samookreślenie jako człowieka, który nie zapomina było, o ile pominąć pamięć dotyczącą jego własnej osoby, poniekąd prawdziwe.

Clemens Klement Klemt

Najważniejszym ze schwytanych po 1950 roku nazistów był niewątpliwie Adolf Eichmann, jego sprawa też była najgłośniejsza. Historia jego schwytania bardziej niż poważne śledztwo przypomina jednak komedię pomyłek, jeśli w ogóle został schwytany, to tylko dzięki uporowi argentyńskiego Żyda i jego rodziny oraz niemieckiego prokuratora Fritza Bauera.

Porwanie Eichmanna zorgnizowały oczywiście służby Izraela, ale nie zabrałyby się za to gdyby nie upór Hermanna i Bauera właśnie. I łut szczęścia, który sprawił, że jeden trafił na drugiego, gdy mógł dużo łatwiej na skrycie popierającego nazistów prokuratora, których w RFN było wówczas pełno; wtedy o namierzeniu Eichmanna nie dowiedziałby się Izrael tylko Eichmann.

Wcześniej kilka razy pojawiały się prawdziwe informacje o jego miejscu pobytu i używanym nazwisku, nie zawsze poprawnie zapisanym – pierwsza relacja mówiła o nazwisku Clemens – ale wszystkie zaginęły wśród wielu fałszywych alarmów i ważniejszych wówczas zajęć służb. Jedna z takich prawdziwych a zignorowanych relacji pochodziła od Wiesenthala – cóż, kiedy mu to nie wystarczało i w swoich wspomnieniach musiał się na siłę wpiąć w ostateczne jego namierzenie, swój udział w nim rzecz jasna kompletnie zmyślając, włącznie z wersją nazwiska Klemt.

Wer Nazi ist, bestimme ich3

Mitomania Wiesenthala, jak bardzo by się mogła wydawać żałosna, nie kończy jednak listy jego grzechów, ona ją zaczyna. Nie była szczególnie szkodliwa; Eichmann został schwytany, wielu innych również, Wiesenthal pobredzał, co jakiś czas Harel czy ktoś taki przypomniał mu jak było naprawdę, w sumie nic strasznego. Ale też Harel – szef izraelskiej tajnej służby – był człowiekiem o wysokiej pozycji i dobrze udokumentowanych zasług.

Zdarzało się jednak, że Wiesenthal w swej krucjacie przeciwko zbrodniarzom trafił na człowieka zwykłego, którego ze zbrodniarzem łączyło co najwyżej imię i nazwisko. Dla kogoś takiego oskarżenie o zbrodnie mogło, jak dla Franka Walusa, oznaczać długą sprawę sądową, koszty, nerwy, krótko mówiąc, zniszczone życie. Walters pisze o dwóch takich przypadkach: Walusa i niewymienionego z nazwiska Ukraińca. O takich przypadkach nie można nawet napisać, że Wiesenthal najpierw strzelał a potem pytał. On nie pytał wcale, a gdy okazało się, że uderzył w przypadkowego człowieka, nawet nie pomyślał żeby przeprosić, tym bardziej naprawić szkody.

Nie idę w tanie moralizatorstwo. Niesłuszne oskarżenia, niesłuszne wyroki były, są i będą, niestety tak wygląda życie. Tym ważniejsze jest, gdy już się taka sytuacja zdarzy, zrobić wszystko by niesłusznie posądzonemu krzywdę wynagrodzić. Wiesenthal, niestety, był ponad to. Widocznie uważał, że gdzie drwa rąbią tam wióry lecą a ktoś, kto doprowadził do schwytania ponad tysiąca nazistów jakimś tam Walusem przejmować się nie musi. Choć, rzecz już chyba oczywista, ten tysiąc nazistów to kolejne zmyślenie Wiesenthala.

Nie tylko Wiesenthal

Ta książka bez prawdy o Wiesenthalu by nie miała sensu, ale też nie jest ona tylko o nim. Są też opisani ludzie, którzy mniej zajmowali się autoreklamą, a bardziej rzeczywistymi staraniami o wymierzenie zbrodniarzom sprawiedliwości, jak choćby małżeństwo Klarsfeld; a także zwykli oszuści usiłujący na udawanym ich poszukiwaniu zarobić.

Poszukiwanie ukrywających się nazistów nie jest i nigdy nie było zorganizowaną działalnością żadnej instytucji. Zawsze było chaotyczne, pełne fałszywych tropów, szukania nawet nie igły w stogu siana, ale wiatru w polu4. Wielką rolę odgrywał przypadek oraz determinacja zwykłych ludzi, rządy i instytucje zbyt często pozostawały obojętne a niekiedy wręcz, z różnych przyczyn, zbrodniarzy chroniły.

  1. a Po angielsku brzmi to nawet ostrzej.
  2. a Skądinąd rola Eichmanna jest też mocno przeceniana. Nie był on chłopcem na posyłki, za jakiego usiłował w czasie procesu uchodzić; nie był też jedynym zarządcą Holocaustu, jakim usiłował go pokazać prokurator. Nieźle opisuje to Cesarani w Eichmann: jego życie i zbrodnie.
  3. a Przypisywane często Göringowi zdanie Wer Jude ist, bestimme ich, w rzeczywistości zostało wypowiedziane przez antysemickiego burmistrza Wiednia, Karla Luegera, który tak zareagował na zarzut, że prywatnie spotyka się z Żydami.
  4. a Jak choćby w przypadku Martina Bormanna, który zginął próbując wydostać się z Berlina na początku maja 1945. Jego ciało nie zostało odnalezione przez ponad 20 lat, które były pełne doniesień o kolejnych miejscach, w których miał się ukrywać.

Guy Walters – Ścigając zło

Opublikowano Igor czyta | Dodaj komentarz